czwartek, 10 października 2013

Globalnie. Nauka czytania.

Ten temat czeka na mnie od lipca. Czy wiecie co to jest {PÆRE}?? Ile czasu musi upłynąć, żebyście skojarzyli słowo z obrazem (wersja hard-core: wyobraźcie sobie, że nie macie Internetu i nie możecie sprawdzić tego słowa w Google :P)?? Poprawna odpowiedź: tyle czasu, ile zajęłaby Wam nauka nowego języka ;))
Czy wiecie ile wody musi w Wiśle upłynąć, aby nasz mózg poprawnie dopasował słowo do obrazka? Tak jak w tym filmie...
 
 
Tyle czasu, ile musi zajść procesów neuronalnych, aby mózg kojarzył słowo z obrazem.
Nie jest to jakieś bardzo trudne, ale do łatwych też nie należy. Jedyne, co jest potrzebne do tego typu ćwiczenia, to dobra pamięć globalna.
Po co zatem dzieci mają czytać globalnie w początkowym etapie nauki czytania? Po to, aby uwierzyć we własne możliwości, aby znaleźć w sobie motywację do dalszej nauki. Wreszcie po to, aby wytłumaczyć dziecku zasadę czytania, nauczyć koncentracji i symbolizacji (czyli przełożenia konkretu w symbol np. tego, że czytając słowo [jabłko] widzimy jabłko, a nie gruszkę). Czytanie globalne jest zatem czytaniem wstępnym przed czytaniem linearnym (czyli - nazwijmy to - "normalnym", od lewej do prawej w naszej kulturze).
Jak zacząć ćwiczyć czytanie globalne? Niektórzy przekonują, że sprawa jest prosta. Pokazujesz dziecku wyraz, mówisz co tam jest napisane, dziecko patrzy, zapamiętuje i potem już pięknie wyraz rozpoznaje. Jakby to było pięknie, jakby z każdym dzieckiem się tak dało!!! Ten, kto tak mówi na pewno nie miał nic wspólnego z dziećmi, które mają problemy z myśleniem symbolicznym i nie potrafią przełożyć symbolu na konkret. Dla nich:
 
 
a cóż dopiero POCIĄG!!
Ćwiczenia, które dzisiaj przedstawiam są też świetnymi ćwiczeniami stymulującymi dla dzieci zdrowych).
 
Zgodnie z zasadą programowania języka, nasze ćwiczenia zaczynamy od rzeczowników. Dodam może od razu, że obrazki powinny być mniejsze, ale mniejsze nie wychodziły dobrze na zdjęciach.
 
1.Pierwszym etapem uczenia dziecka jest dokładanie obrazka do konkretu :)
 
 
(łeeee, ale mi paskudna ściana wyszła na zdjęciu!!)
 
2. Kolejnym dokładanie do obrazka konturu - to pierwszy etap symbolizacji
3. Następny etap to dokładanie podpisu do konkretu.
 
 
(ej, te cienie, to naprawdę są tylko cienie! Wychodzi, że paskudne mam ściany w domu!)
 
4. Ostatnim jest dokładanie podpisu do obrazka
a) kolorowego
 
b) konturowego.
 
Dzieci bez zaburzeń dwa pierwsze etapy łapią w przysłowiowy mig.
 
Kolejną częścią pracy jest czytanie czasowników. Kiedyś już je wymieniałam: JE, PIJE, MYJE, ŚPI, IDZIE, STOI. Wystarczy. Ponieważ powinniśmy zacząć od konkretów najlepiej jest zrobić zdjęcia dziecka podczas tych czynności. Ponieważ na blogu nie wykorzystuję zdjęć dzieci (poza Kubowymi ale na nie mam zgodę), pokażę Wam moje zdjęcia, ale tylko podczas IDZIE, STOI. Przy innych czynnościach też mam fotki, ale.. nie są do pokazywania publicznie (zwłaszcza PIJE :P). A za te, które pokażę, to też proszę o wybaczenie... Ale znaleźć zdjęcie, gdzie idę?? Nie ma :P
 
1. Dokładanie obrazka do konkretu
 
 
Lans na zdjęciach :P Naprawdę przepraszam, innych "idących" nie mam.
 
2. Dokładanie podpisu do konkretu
 
Czuję, że w niedługim czasie zrobię sobie kilka zdjęć czasownikowych
 
3. Dokładanie podpisu do obrazka
 Zadanie teoretycznie jest proste. Jednak przysparza problemy wielu dzieciom. Jednak tak jak powiedziałam - jest to wstęp do prawdziwego czytania. :))
 
2. Kilka rysunków do nauki obrazek konkret.
3. {PÆRE} to po duńsku {gruszka}:))
 
Artykuł jest przydatny? Zostaw komentarz z odpowiedzią :))
 
 

środa, 9 października 2013

Czy wiesz, ze ... zapalenia ucha

Każde, nawet najmniejsze zapalenie ucha środkowego u dzieci powoduje zatykanie się uszu? Pewnie wiesz ;)
A czy wiesz, że nawet najmniejsze zatykanie się uszu może prowadzić do lekkiego ubytku słuchu? Zatykająca uszy woskowina może uszkodzić słuch dziecka.  Uszkodzony słuch małego dziecka = opóźnienie mowy. 
Dlatego dbajmy o czyste uszy naszych dzieci.
 
Także słuchawki "douszne" powodują upośledzenie słuchu. Zwłaszcza, jeśli słuchana przez nie muzyka słyszana jest także przez otoczenie.
Sprawdź JAK słucha Twoje dziecko.
 
 

wtorek, 8 października 2013

Moje początki - dedykacja dla Emilii

Tym razem post dla studentek logopedii przeróżnych. Na zamówienie, można powiedzieć :) Dostałam wiadomość następującej treści:

Witam Pani Katarzyno! Jestem studentką I roku II stopnia logopedii na APS w Warszawie. Chciałabym poprosić Panią o wpis (np. na blogu) jak od razy po studiach lub już w trakcie studiów wkręcić się w pracę logopedy. Ja i na pewno wiele innych osób chciałoby się dowiedzieć, jak zacząć. Może Pani poda parę wskazówek lub opowie nam jak Pani udało się rozpocząć pracę logopedy. Być może już Pani o tym wspominała, ale niestety nie mogę znaleźć takiego wpisu na blogu. Namiętnie czytam Pani bloga Pozdrawiam i czekam na jakąś odpowiedź w sprawie mojej prośby!

Jezzuu.. wyszło mi, że mam robić za wzór.. ale przemieliłam temat w głowie kilkanaście razy, ego mi upadło na podłogę (na szczęście się nie rozbiło zbyt mocno) i z tejże podłogi krzyknęło: "za starszą koleżankę!" A! Od razu lepiej :)

I teraz mam ochotę napisać, że byłam najlepszą studentką na roku, od zawsze kochałam logopedię, więc droga powołania była tylko jedna, a poradnie się o mnie biły. Ale że czytają tego bloga też moje koleżanki, które znają mnie ze studiów (pozdrowienia dla Basi, Julity, Asi... któraś jeszcze tu zagląda?) to nie będę ściemniać :))  Ale nadal uważam, że mam chol.. dużo szczęścia w życiu.

Nie wiem, dziewczyny, jakie Wam dać wskazówki. Ale mogę dać kilka rad.
 
1. Jeśli mieszkacie w dużym mieście, specjalizujcie się w jakiejś konkretnej dziedzinie logopedii. Neurologopedia to już jest worek, do którego wrzuca się różne zaburzenia. Jedni specjalizują się w pracy z dziećmi głuchymi, innymi autystycznymi czy z zaburzeniami neurologicznymi. W mniejszych miejscowościach musicie być "logopedą od wszystkiego".
Moim konikiem jest ORM, czego nie ukrywam, i praca z osobami starszymi z afazją. Ale o tym raczej na blogu pisać nie będę. (Lubię też [r] wywoływać, bo jak słyszę pierwsze odbicia w ustach dziecka, to aż mnie ciarrrrrki przechodzą). A Wy? Co najbardziej lubicie?
 
2. Działajcie już na studiach: staże i wolontariaty to jest to! Stowarzyszenia, fundacje, poradnie PP. I bądźcie przygotowane na odmowę (teraz mi przyszło do głowy: skoro rodzice nie mogą płacić za zajęcia logopedyczne w przedszkolach samorządowych, to może tam chętnie przyjmą studenta - wolontariusza - logopedę??). I nie mówcie, że za to nie płacą, bo za pracę logopedy w ogóle mało się płaci. A na żadnych studiach nie znajdziecie odpowiedniej ilości praktyk! Pamiętacie? Pytałam o to ostatnio na facebooku... Wszystkie osoby stwierdziły, że było za mało praktyk.
 
3. Liczcie się z tym, że logopedia to pomoc ludziom, a dopiero potem kasa. Jeśli myślicie inaczej - nie czytajcie dalej.
Nawet jeśli będziecie mieć gabinet prywatny, to liczcie się z tym, że:
a) średnio 70% stawki godzinowej ucieka Wam na czynsz, prąd, ZUS, podatek, pomoce i inne rzeczy do gabinetu potrzebne,
b) NIGDY nie wiecie ile zarobicie w danym miesiącu, bo dzieci chorują!! bardzo!! pamiętam tydzień, taki normalny, nieświąteczny i niewakacyjny.. miałam 3 godziny zajęć w ciągu tegoż!,
 
4. Pamiętajcie, że gabinet prywatny to często nie jest rozwiązanie sprawy. Abstrahując od kosztów to - nie oszukujmy się - ludzie najczęściej idą do terapeutów poleconych przez innych rodziców. Dlatego najpierw powinnyście robić "coś" (wolo/staż) państwowo. Inna bajka, że w niektórych miastach rynek jest już logopedami przesycony, a ciągle dochodzą nowe roczniki. Tak jest pewnie w większych ośrodkach logopedycznych: Kraków, Lublin, Warszawa...
 
5. Nie wmawiajcie rodzicom kitu, że znacie się na wszystkim, bo nikt nie uwierzy, że się znacie. Poza tym, jak ktoś jest do wszystkiego, to... wiecie co dalej, nie? :))) DOBRYCH logopedów potrafiących usuwać wady wymowy wcale nie jest wielu. I jeszcze jedno: logopeda szkolny od wad wymowy to nie jest ujma! Wbrew temu, co się sugeruje na przeróżnych forach!
 
6. Nie bądźcie specjalistami wszechogarniającymi system! Takich ludzi nikt nie lubi.. Dziecko ma problem
a) z płaskostopiem (po 5. r.ż.)?? to do fizjoterapeuty go,
b) z robakami (stereotypowo patrząc: drapie się po tyłku?):  do pediatry wysłać,
c) zawiechy w czasie zajęć? - neurolog
d) nie mówi w wieku 3 lat - laryngolog (ZAWSZE!! Nawet jak się Wam wydaje, że słyszy).
Musicie umieć dostrzegać oznaki nieprawidłowego zachowania, ale nie diagnozujcie ich same (sami),

7. Nie bójcie się pracować w różnych ośrodkach. Każdy ośrodek czegoś uczy: np. przedszkole kierowania grupą dzieci, a gabinet terapeutyczny współpracy z innymi terapeutami (fizjoterapeutami, rehabilitantami, terapeutami SI czy lekarzami).
 
Dobra, bo zaczęłam płynąć :))
 
Opowiem Wam moją historię: siądźcie z herbatką i posłuchajcie...
 
Dawno, dawno temu.. ;)
Kończyłam studia jednolite, magisterskie.
Do IV roku studiów w zasadzie nie działo się u mnie na polu zawodowym nic interesującego poza tym, że:
a) na I roku razem z kilkoma osobami wkręciliśmy się w wolontariat w poradni psychologiczno - pedagogicznej. Z perspektywy czasu stwierdzam, że to był niewypał. Nie umiałyśmy NIC poza systemem fonetycznym i fonologicznym j. polskiego. Panie logopedki uczyły nas wszystkiego od początku (wady wymowy miałyśmy usuwać). Z książek też się uczyłyśmy (i w tym miejscu polecam Elementy logopedii Demelowej - cudo!),
b) wszystkie lata studiów w Krakowie to tzw. metoda krakowska. Dlatego w ramach Koła Naukowego prawie wszyscy mieliśmy wolontariaty u dzieci prowadzonych przez Zespół Diagnozy i Terapii. Pod moją opiekę trafił Kacperek (kiedyś muszę Wam pokazać jego zeszyt!). Tak naprawdę na nim uczyłam się metody i działania neurologopedycznego. "Normalnej" logopedii nie musiałam, bo głoski wymawiał książkowo,
c) od I roku udzielałam korepetycji z polskiego. Na III roku "kapnęłam" się, że metoda krakowska czytaniem stoi, a więc... zacznę uczyć dzieci czytania.  Wrzuciłam w Internet ogłoszenie, że taka a taka pomoże pierwszoklasistom w odrabianiu lekcji i nauczy czytać. Nawet nie wiecie jak duży był odzew!! To z jednej strony było fajne, z drugiej przerażające, że rodzice nie mieli czasu odrobić z dzieckiem lekcji w podstawówce... W tym czasie "wyłapywałam" pierwsze dzieci z ryzyka dysleksji i uczyłam się z nimi pracować.
 
Na IV roku studiów zbiegiem okoliczności i zrządzeniem Czyimś trafiłam na wolontariat do jednego z krakowskich szpitali (pewnej pani to będę do końca życia za to wdzięczna!). Miałam tam zostać miesiąc pod hasłem "zbierania materiałów do pracy magisterskiej". Zostałam dwa lata. Na oddziale rehabilitacji i  w logopedycznej poradni przyszpitalnej. I powiem szczerze - tam to była prawdziwa szkoła logopedii w praktyce. Po miesiącu przyglądania się pani Mariola (moja "opiekunka") rzuciła hasłem w gabinecie: "Wiesz, muszę biegnąć do kadr coś załatwić. Wrócę za pięć minut. Zajmij się w tym czasie panem Krzysiem, co?". Wróciła po trzech godzinach, a ja przeżyłam chrzest ;) Od tamtej pory miałam w poradni "swoich" pacjentów, czasem aktywnie uczestniczyłam w diagnozach nowych pacjentów oraz rehabilitowałam na oddziale. Przypominam na WOLOTARIACIE. Trzy dni w tygodniu po pięć, sześć godzin. I nie narzekałam, że nie płacą.

V rok studiów to studia, wolontariat w szpitalu i praca w charakterze animatora kultury na połówce etatu (to się nazywa elastyczność zawodowa :P). Do tej pory zastanawiam się jakim cudem tamte doby tez miały tylko 24 godziny. V rok studiów to dla mnie dość przełomowy rok, nie tylko w kwestiach zawodowych. Ale w kwestii logopedii też ;)))
Obroniłam magisterkę, skończyłam wolontariat, dostałam cały etat w DK i.. postanowiłam, że z logopedią koniec! Nie pytajcie dlaczego...
 
Zdanie zmieniłam kiedy okazało się, że:
a) w dzielnicy, w której pracowałam w DK nie ma żadnego logopedy, a przydałby się. Zgodziłam się na wolontariat znowu, tyle że wykonywany w ramach pracy w DK,
b) pani Mariola zadzwoniła, że potrzebne jest zastępstwo za jej znajomą w Fundacji "Mimo Wszystko" w domu pacjenta w bardzo ciężkim stanie... "te dziewczyny zaraz po studiach sobie nie poradzą, weź się zastanów",
c) w PCK potrzebowali logopedy i w ten banalny sposób poznałam Kubiszonka (płacili.. oj tak.. 14,21 zł brutto; odejmując wszystkie ZUSy, podatki i bilety, bo zajęcia odbywały się w domach dzieci wychodziło 3 zł netto za godzinę zajęć; a jeszcze trzeba było dojechać...)
Te trzy punkty to praca z przeróżnymi pacjentami. Praca ciężka, harówka od świtu do nocy. Nauczyła jednego - pokory wobec choroby. Każdej.


Potem już tylko wystarczyło wysyłać cierpliwie CV i liczyć się z tym, że etatu mieć nie będę. Miałam więc DG i pracowałam. W przedszkolach (po 2 godziny tygodniowo), w poradniach, w fundacjach, dojeżdżając do dzieci (na terenie Krakowa i gmin ościennych; na początku komunikacją zbiorową z toną toreb i torebek z pomocami dla dzieci, potem się szarpnęłam na auto, a w zasadzie Gratka ;P). I powiem - zawsze pacjent był najważniejszy (chyba, że - przyznaję uczciwie - rodzic myślał, że spotkanie raz w tygodniu załatwi problem i miał mnie za wróżkę to sobie darowywałam = mówiłam jasno i prosto dlaczego już nie będę się pojawiać u ich dziecka). A poczta pantoflowa działa... :))

Tak się nie kończy historia, bo jeszcze żyję i pracuję. Tylko środowisko mi się zmieniło (i klimat!!), więc praca wygląda troszkę inaczej. Ale o niej to już chętnie poopowiadam rodzicom, którzy mają ochotę na konsultację ze mną.

Się rozpisałam... Za dużo chyba :D:D:D
Ale może któraś z logopedek zechce dodać coś od siebie? Moja historia pracy jest banalna tak naprawdę. Tylko ja lubię dużo gadać, więc dużo tego wyszło:)
 
A na koniec dodam tyle: metoda krakowska działa na dzieci rewelacyjnie! Serio!! Oczywiście mówimy tu o dzieciach, które mają problemy z mową i komunikacją.. bo wady wymowy nadal usuwam Demelową. ;)
 
 Tyle radości daje logopedia. Zadaniem Ani było namalować stwora i nazwać imieniem - rymem do słowa "stworek". Bobolek jest ok, ale Jabolka (sama na to wpadła i się sfochowała jak zaczęłam się śmiać... nie wiedziała co ten wyraz znaczy) musiałam mieć na fotce ;))

poniedziałek, 7 października 2013

Jak papuga, czyli o powtarzaniu

"Pani Kasiu, ja próbuję z nim te wszystkie ćwiczenia robić, ale on nie chce powtarzać!" Słyszeliście to kiedyś? Powiedzieliście to kiedyś? Założę się, że nie raz. Staram się zawsze dopasować ćwiczenia domowe do dziecka, ale nie zawsze się to udaje. Cóż - moja kreatywność też ma granice. I pal licho, jeśli dziecko nie powtarza jednego, dwóch ćwiczeń. Mówi się trudno, powtórzy coś innego. Ale co jeśli nie powtarza nic? Często odwiedzają mnie rodzice, którzy widzą swoje roczne, półtora roczne maluchy niegaworzące. Dlaczego? Dlatego, że dziecko NIE POWTARZA NIC.
 
Naśladownictwo, czyli powtarzanie jest najprostszą metodą uczenia się. Mały człowiek ok. 3 m-ca życia zaczyna powtarzać. Niemowlę uśmiecha się do mamy reagując na jej uśmiech czy też próbując podnieść rączkę w kierunku ręki taty. O ile łatwiej jest wykonać ćwiczenie na WF, które najpierw nauczyciel pokaże?
Dlaczego 3latek nie powtarza? Założywszy, że owy 3latek (2latek nawet!) ma w pełni zdrowy aparat mowy (czyli zero wad anatomicznych w obrębie jamy gębowej) oraz żadnych zmian neurologicznych w okolicach płata skroniowego oraz na drogach nerwowych łączących mózg z ustami i językiem? Prawdopodobnie dlatego, że nie jest jeszcze gotowy. Prawdopodobnie nie umie powtarzać prostszych czynności niż mówienie (a mówienie, muszę Wam powiedzieć, to mega skomplikowany proces).
 


Wracając do powtarzania: dziecko najłatwiej uczy się przez ruch. Czyli za Chiny ludowe nie powtórzy po Tobie "gżegżółka", jeśli najpierw nie zrobi z Tobą pajacyka, nie zagra na bębenku czy nie pokoloruje obrazka taką techniką jak Twoja. Cała filozofia - młody człowiek najpierw powtarza ruch, potem mowę. Między innymi dlatego szybciej się uczy chodzić niż mówić pełnymi zdaniami ;)

A jeśli zatem nie chce po Tobie powtarzać, to co zrobić? Zachęcić go :D
 
Jak? Tak jak dziecko lubi najbardziej, droga Mamo. Układajcie wieżę z klocków (takie same kolory na odpowiednich poziomach wieży! Naśladownictwo!), układajcie sekwencje, pociągi, naczynia w zmywarce. Wszystko, byle dziecko powtarzało po Tobie dokładnie tak samo! (Oczywiście zgodnie z jego możliwościami, np. jeśli malujecie koło, a jemu wychodzi jajko to jest ok. Jeśli jednak ono schematycznie po kole maluje drugie, a potem auto - to już nie jest powtarzanie).
 
Dzisiaj poniedziałek, więc czas na kuchenną logopedię. Powtarzanie na .. wzorach na gofrach :) Inspiracja Olą - małą 3latką pozostawioną u mnie w weekend na 2 godziny. Zupełnie wzorowo się rozwijającą.
 
Do tych zajęć potrzebne były nam:
a) dżem - roboty babci. Prawie bez cukru :))
b) jabłka pokrojone w kostkę,
c) cukier puder; u mnie "rozmoździerzowana" stewia,
d) ohydna sklepowa chemiczna bita śmietana w sprayu (uwielbiam, no co poradzę??!! :D). Możecie zrobić własną, a wtedy potrzebna będzie Wam jeszcze wyciskarka do kremów do tortów. Albo strzykawka ;)
 
Do dzieła zatem!! :)
1. Kładziemy na talerzyku gofra i kombinujemy :)
 
2. Najprościej jest rozsmarować na nim dżem. Najłatwiejsze motorycznie zadanie dla dziecka. Więc najpierw ja smaruję swojego, potem Ola swojego. I jemy :)
 
3. Teraz trudniejsza sprawa: przesiewamy stewię i wcinamy gofra z cukrem pudrem. Stewia Oli była wszędzie, ale nie na gofrze;))
 
4. A teraz robimy miny z bitej śmietany :)

5. A teraz zamieniamy role: Ola robi gofra dla mnie, ja miałam powtórzyć. Ale coś mi "nie wyszło";) Oli wersja to wersja hard ;) Bita śmietana i jabłko. Dzięki Bogu to dla mnie, bo mama Oli chyba by nie przeżyła takiej ilości bitej śmietany.

6. A na koniec pomieszanie z poplątaniem :) Minka najpierw była narysowana na kartce, potem Ola powtórzyła wzór na gofrze. Dodatków żałowała jak widać ;))

Zabawa oczywiście pierwszorzędna, smaczna również.
Od siebie dodam, że zawsze byłam łasuchem strasznym i moja Mama wie, że jak Kasia przyjeżdża to schowek na słodycze trzeba albo zamknąć albo dobrze zaopatrzyć ;) Od kilku lat jednak nie jestem już największym słodyczożercą w rodzinie. Pobija mnie mój własny mąż ;)) Pamiętajmy jednak o umiarze w jedzeniu cukru!
 
Kończąc tematy kuchenne: Mamo, Tato zwracaj ogromną uwagę na to czy Twoje dziecko powtarza, naśladuje Twoje ruchy. Jeśli nie - baw się z nim w powtarzanie, wykonuj powtórzenia jego rączką, ciałem, tak aby zrozumiał o co chodzi. Bo bez papugi ruchu będziesz mieć w domu absolutną ciszę.

EDIT: W zakładce "Cykl" właśnie powstała nowa kategoria "Logopedia w kuchni". Nie mogłam się powstrzymać ;)

piątek, 4 października 2013

Loteryjka. Relacje przestrzenne

Pewnie nie pamiętacie wszyscy, ale w grudniu polecałam obecnym wtedy na blogu Rodzicom grę Granny "Nos w nos". Z perspektywy czasu mam pewne "ale" do zapachów zamkniętych w pudełeczkach, ale jest to tak małe "ale", że nawet nie opłaca się o tym pisać.

Dlaczego zatem piszę o tej grze? Bo to moja ulubiona loteryjka. Dla tych, którzy nie wiedzą dodam, że loteryjka to taka gra, w której uczestnik dostaje dużą planszę zamalowaną do ostatniego białego pola. Do tego dostaje kartoniki ze szczegółami. Zadaniem uczestnika jest znaleźć jak najwięcej szczegółów z kartoników na planszy.
 
 
Każda loteryjka to większy poziom trudności analizy i syntezy wzrokowej. Jeśli Twoje dziecko bez problemów robi zadania, o których pisał Leo, czas na loteryjkę. Zabawa jest przednia! Pamiętajmy o jednym: im więcej szczegółów na planszy, tym fajniejsza gra. Nie kupujcie loteryjek z pięcioma elementami, bo po kilku dniach będą do schowania w szafie. W ogóle: nie kupujcie gier, w które można grać tylko na jeden sposób. Szkoda kasy!

czwartek, 3 października 2013

Krótka lekcja neurologii

Bardzo krótka i bardzo nienaukowa będzie. Bo nie mogę przekazać Wam wszystkiego, co o mózgu wiem. Z różnych powodów, ale chyba najbardziej to z tego, że za bardzo boję się samodiagnozowania.
Polacy mają tę dziwną przypadłość (związane to jest chyba z naszą prężnie działającą służbą zdrowia), że wyszukują wszystkie swoje schorzenia w Internecie. Boli noga? A to wrzucam w wujka Googla i ciocię Wikipedię i wyskakuje mi informacja, że na pewno mam coś nie tak ze ścięgnem Achillesa. I najlepiej to przyłożyć na to cztery listki babki lancetowatej, skroplić sokiem z cytryny, dodać dwa zęby nietoperza i będzie ok!  A do lekarza?? Przecież nic mi nie jest!! A potem zaliczam klasycznego karpika (zdziwienie), bo mam przewlekłą rwę kulszową... Ja?? Ale jak??
Tak samo jest z mową, niestety. Pojadę znowu na moim ukochanym koniku, czyli ORMie. Moje dziecko ma dwa lata i nie mówi? Cóż za problem! Wpisuję w Internet kilka słów, wrzucę jeszcze post na forum i wychodzi mi, że córka Forumki i synek InnejForumki też tak mieli i żyją. Ba! Rozgadały się! Więc po co mam iść do logopedy? Przecież wystarczy dać dziecku czas...
I tyle, więcej nie piszę, bo znów pojadę po mądrościach ludowych ;))

O mózgu zatem będzie i tym jak on jest odpowiedzialny za rozwój funkcji poznawczych.
 
I jeśli coś nam w ciele nie działa, to co wtedy nie jest sprawnie działającym mechanizmem w mózgu. Bo pamiętajmy: ciało to taki mechanizm kierowany przez mózg. Coś może się uszkodzić mechanicznie (np. dziecko nie mówi, bo ma zbyt krótkie wędzidełko podjęzykowe) lub neurologicznie (np. dziecko nie mówi, bo nerwy odpowiadające za impuls mózg - mowa nie działają prawidłowo). I uwierzcie: wyjątkowo daruję sobie podział na dwie półkule ;)


Obrazek znaleziony w sieci. Bez podpisu autora.

Jak widzicie głównych ośrodków odpowiadających za mowę w mózgu jest pięć. A przynajmniej tyle mogę opisać. Obszar Broki (od nazwiska Paula Broki) jest odpowiedzialny za budowanie prawidłowych wypowiedzi. Jeśli pole to jest uszkodzone bądź też uszkodzone są drogi nerwowe prowadzące z aparatu artykulacyjnego (otworu gębowego :P) do tegoż pola, osoba nie będzie umiała nic powiedzieć, mimo że będzie rozumieć, co się do niej mówi. Zupełnie odwrotnie do pola Wernickego (znów od nazwiska). Jeśli uszkodzony jest obszar Wernickego lub drogi nerwowe doń prowadzące, osoba mówi, ale zupełnie od rzeczy, bo nie rozumie co się do niej mówi (miałam pacjentkę, która na wszystkie pytania odpowiadała liczbami). Oczywiście, jest to bardzo uproszczony schemat i istnieje dziesiątki kombinacji uszkodzeń "pomiędzy". Może być np. uszkodzone pół pola Broki i drogi nerwowe Wernickego. W mózgu ludzkim rzadko kiedy coś jest czarno-białe niestety.
Zakręt kątowy znany jest z tego, że potrafi kojarzyć słuch i wzrok. To znaczy, że kiedy zobaczy (lub usłyszy) konkretny przedmiot (nazwę przedmiotu), to - o ile tę nazwę znaliśmy już wcześniej - kojarzy ją z konkretnym działaniem lub wyglądem. Czyli jak teraz usłyszysz w głowie słowo "krzesło" to od razu widzisz to krzesło w głowie i wiesz, że służy ono do siedzenia. W skrajnych przypadkach do kołysania się, trzymania nań nóg, huśtania się czy karmienia dziecka. Ponadto uszkodzenia zakrętu kątowego zaburzają czytanie i pisanie oraz rozumienie metafor. Tutaj muszę dodać, że metaforą jest nie tylko "wjechałem na suchego przestwór oceanu", ale także fraza "zdjęcie twarzy" (klasyczne dziecko z ZA zrozumie to ostatnie jako >>zdjąć twarz<<, >>uciąć głowę<<, a nie >>fotografię twarzy<<). Droga łukowata to pęczek łukowaty łączący płat czołowy z płatem skroniowym mózgu. To, za co są oba płaty odpowiedzialne, powiem za chwilę. Wyspa odpowiada za smak. To ona analizuje kubki smakowe.

 


Obrazek znaleziony w otchłaniach mojego komputera. Nie wiem kto jest jego autorem :(
 
Mózg składa się z czterech podstawowych płatów.
Każdy płat jest tak jakby podzielony na dwie części, ponieważ inaczej działa w prawej, inaczej w lewej półkuli. Żeby się jednak nie rozdrabniać, to opiszę funkcje obu półkul naraz. Jeśli jednak będzie Was interesował bardziej precyzyjny podział, napiszcie mi o tym w komentarzach, a na pewno uwzględnię życzenie przy kolejnych postach;)
 
Zaczynamy z wysokiej półki, czyli od płata czołowego. Nazywam go "wysoką półką" ponieważ jest odpowiedzialny za charakterystyczne dla homo sapiens zachowanie - takt, organizacja czasu i działań, prawo moralne I. Kanta (czyli etykę i jej normy). Ponadto kontroluje emocje, podejmuje decyzje i myśli abstrakcyjnie. Tu dodam, że świetnie zrozumieją mnie osoby, które choć raz widziały osobę z afazją z uszkodzeniem płata czołowego. Taka osoba raz płacze, raz się śmieje, raz krzyczy przekleństwa, by zaraz potem śmiać się z rozbitej szklanki. Pacjenci z uszkodzony płatem czołowym nie odczuwają wstydu, nie mają pojęcia o konsekwencjach swoich czynów. (Czyli jakieś 80% nastolatków :)). Są najczęstszymi pacjentami szpitali psychiatrycznych skierowanymi wyrokami sądowymi.
Płat potyliczny (czyli drugi biegun mózgu) odpowiada za wzrok i skojarzenia z nim związane, w tym za rozpoznawanie barw i głębi (tu przypominam panom - kolorów jest więcej niż 16 i - owszem - fuksja to też jest kolor). Z płatem tym bardzo dobrze współpracuje płat ciemieniowy. Zwłaszcza przy analizie barw, głębi, czytaniu i pisaniu. Prawdopodobnie odpowiada też za rozumienie geometrii i pojęć symbolicznych. A jeśli geometrii to także za orientację we własnym ciele, rozpoznawanie ruchu, odczucia temperatury czy bólu. Uszkodzenia płata ciemieniowego prowadzą do zaburzeń równowagi, koordynacji czy postrzegania twarzy. Skutkują czasem trudnościami w liczeniu i matematyce.
Płat skroniowy wreszcie odpowiada za odbiór wrażeń słuchowych oraz rozumienie mowy. To na nim bowiem znajduje się pole Wernickego. Jest bardzo ważny dla funkcji językowych.
 
Po co to wszystko?Pewnie dla przekory:) Pokazać trochę mózgu, z ciekawości. To co napisałam, to bardzo bardzo oględne jest, pewnie więcej znajdziecie w Internecie. Ale głównie chciałam pokazać, że logopedia to nie tylko nauka wymowy i uczenia [sz] i [r], ale i poważna praca nad systemem językowym i funkcjami poznawczymi zapisanymi w mózgu. My stymulujemy mózg Twojego dziecka, aby ono mogło zacząć mówić. Więc nie czekaj z wizytą u logopedy z niemówiącym 3latkiem aż zacznie seplenić, ale umów się na wizytę! Bo to, że Twoje dziecko nie mówi może mieć bardzo wiele przyczyn. I czas odkryć jakie to przyczyny ;)
 
A! I czekam na komentarze w stylu: "To nieprawda, co piszesz, bo MOJE dziecko nie mówiło do 3 r.ż. a nie ma uszkodzeń płata ciemieniowego, zatem uszkodzenia tego płata nie wpływają na rozwój mowy" ;)) A jak ktoś chce być z "Głoską" częściej i pokomentować niektóre ciekawe zachowania logopedyczne, to zapraszam na fanpage bloga ;)

środa, 2 października 2013

Smok

Jakiś czas temu Faustyna pytała o motywację dla rycerzy. Chodziło mi to po głowie bardzo, bo chłopców mam wielu na zajęciach, ale rycerzy? Prawie wcale!
Jednak kilka dni temu musiałam napisać scenariusz o smoku wawelskim. I wtedy olśnienie!!! Rycerze walczą ze smokami!! W moim domu co prawda rycerzy jak na lekarstwo, ale znalazła się jedna dzielna Mysz i Smok (z deka podobny do dżdżownicy)! Mysz postanowiła zdobyć wszystkie rogi smoka!





Tadam!!!

Mysz ma w ręce flagi z sylabami, Smok wystające rogi z sylabami także.



Zadaniem Myszy jest wrzucić wszystkie flagi w odpowiednie dziury w rogach smoka ;) Zadanie łatwe!



U mnie na tapecie PA PU PI, ale u Was mogą być samogłoski, obrazki lub inne podpisy. Co ważne: sylaby na rogach i flagach specjalnie nie są pisane  tym samym kolorem!

Jeśli włożenie flag do "porów" jest zbyt dużym problemem dla dziecka, bo nie umie dobrze manipulować rączkami jeszcze, może flagi poumieszczać pod rogami Smoka!



Jak powstał smok??
Jest zrobiony z masy solnej i makaronu. Na zielono malowałam go lakierem do paznokci ;) A oczy zrobiłam z ziela angielskiego (dokształcam się kulinarnie :P)



Na makaronie penne (albo rurkach po polsku) umieściłam tekturki z sylabami na.. kołeczkach z folii aluminiowej. Żeby kołeczki były kołkami, tj. żeby były sztywne, w folię zawinęłam trochę ziarenek ryżu. To stabilizuje.



Flagi zrobione są z taśmy papierowej przyczepionej do makaronu spaghetti. Ale polecam też zwykłe wykałaczki.




I tyle. Cała filozofia. Scenariusz zabawy piszecie Wy i Wasze dzieci.

Więc: wesołej zabawy życzę!!!