sobota, 31 sierpnia 2013

Dziennik wydarzeń, wersja "nasto"

O dzienniczku wydarzeń dla młodszych dzieci pisała Ela. Nie będę jej powtarzać, bo tego nie lubię. Opowiem za to o czymś, co ja nazywam "dziennikiem wydarzeń wersja "nasto"".

Od początku: dzienniczek wydarzeń to metoda opracowana przez W. Zuziową w Krakowie. Zgodnie z nią dziecko po całym dniu powinno w zeszycie - specjalnym tajemniczym DZIENNICZKU - opisać sytuacje, jakie w tym dniu miały miejsce. Dzieci młodsze "opisują" rysunkiem, starsze słowem lub/i rysunkiem. Jedno zdanie codziennie. Po co? Dzieciom, które mają niedoskonałości w posługiwaniu się językiem, czyli np. osoby z dysleksją, niedosłuchem, w ten sposób utrwalają język pisany. Dzieciom dwujęzycznym dzienniczek pozwala na komunikację z nauczycielami i kolegami, co zresztą opisywała Ela. Dzieciom z ZA dziennik pozwala zrozumieć chronologiczność czasu czy zmiany przyczynowo-skutkowe.

Ten post kieruję jednak do rodziców i terapeutów starszych dyslektyków oraz rodziców starszych "dwujęzyczków", aby utrwalić język polski pisany, choć nie tylko;)

Wszyscy wiemy, że w wieku nastoletnim trudno o jakąkolwiek systematyczność. Zwłaszcza jeśli idzie o systematyczność w nauce;) Nie jest tajemnicą, że nie wszyscy lubimy się codziennie uczyć. Albo codziennie pisać pamiętnik... Jeszcze czego!!! Ja mam tenis, piłkę, komputer, lekcje do zrobienia, a nie jakiś durny pamiętnik, mamoooooooooooooo. Ile razy to słyszeliście?

Jak zatem przekonać kawalera/pannicę do dziennika? Prosto! Bowiem, kto powiedział, że dziennik musi być pamiętnikiem?

Zabawa jest prosta. Rozrysowujemy tabelkę, przyklejamy na lodówce i ustalamy głównego bohatera.
Po czym nastolatek pisze pierwsze zdanie zgodnie ze schematem.
Potem zagina kartkę, tak aby nikt nie widział, co napisał. Banał, prawda?

Tego samego dnia inna osoba dopisuje na tej samej kartce kolejne zdanie i zagina kartkę. Nie podglądajmy! Największą zabawą jest tajemnica!!:)


















Tym sposobem "lecimy" do końca strony. Sami ustalacie jak często coś wpisujecie. Optymalnie każda osoba powinna wpisać jedno zdanie rano, jedno wieczorem. Nie robimy afer jeśli na koniec okaże się, że zdania nie są zgodne ze schematem. Ważne, że w ogóle są!

Ostatniego dnia, odkrywamy całość, czytamy (każdy czyta tekst nienapisany przez siebie!!) i ... najprawdopodobniej śmiejemy się ile wlezie.
A jutro? Jutro grę zaczynamy od nowa.

Jest jeszcze wersja gry dla niespełnionych bajarzy ;) Każdego dnia rano mama zapisuje jedno zdanie w zeszycie kończąc go "tajmniczo", np. Każdego dnia mały smok przychodził do weterynarza. Każdego dnia tłumaczył mu, że.... Wieczorem zadaniem dziecka jest dopisać ciąg dalszy opowieści. Też często wychodzi całkiem ciekawa historia.

Schönes Wochenende …:)

czwartek, 29 sierpnia 2013

Agrrrrrrrrrrrresja!

Agresja dzieci niemówiących na zajęciach to problem dość popularny. Osoby, które nie mówią, w jakiś sposób muszą komunikować, że czegoś robić nie chcą. Na przykład ćwiczyć z logopedą ;) Bo przecież każdemu się może "nie chcieć" prawda?

Pamiętam swoje pierwsze w życiu zajęcia na praktykach w Zespole Diagnozy i Terapii w SOSW na Spadochroniarzy w Krakowie. "Trafiła mi się" dziewczynka, wiek około 6 lat, chyba Julia z Zespołem Aspergera. I przyszło to zdezorientowane dziecko na zajęcia, pani Aga (terapeutka) siedzi na końcu pokoju, obok mamy, a ją do stolika prowadzi jakaś obca baba! Ba! w dodatku trzy inne baby się na nią patrzą jak na nie-wiem-kogo. Więc co robi *chyba* Julka? Najpierw zaczyna wrzeszczeć, płakać. A co robi Kasia? W momencie kiedy Julka wrzeszczy próbuje ją przekrzyczeć słowami "ułóż", "daj", "zrób". Nie działa. *Chyba* Julka nie chce nic robić, więc zaczyna kopać, gryźć, bić itp. Ja w pierwszym momencie siedzę jak skamieniała. Niby było na zajęciach, że tak może być, ale nigdy wcześniej nie widziałam tak agresywnego dziecka. Po 5 minutach (wg dziewczyn, wg mnie z pół wieczności) wpadam na pomysł: "*Chyba* Julka, gdzie [a]?? Podrzyj [a]". Cisza!! Mała patrzy jak skamieniała, kiedy JA drę [a]. Ona chce kolejną samogłoskę. "*Chyba* Julka, podrzyj [u]". Działa! Mała zaczyna drzeć, uspokaja się. Reszta zajęć przebiega prawidłowo.

Psycholodzy mówią, że agresję dobrze jest wykrzyczeć lub/i wyruszać. W związku z tym, że czasem nie ma miejsca i możliwości wykrzyczenia się, dobrze byłoby na zajęciach się wyruszać. Ale! Czasem pokoiki dzieci są tak ciasne (w Hamburgu dojeżdżam na zajęcia do dzieci), że nie ma możliwości pobiegać, poskakać itp. Wtedy trzeba wyruszać się inaczej. Z mojego doświadczenia wiem, że czasem wystarczy jedno małe ćwiczenie pomagające uwolnić agrechę, a potem dzieci już ćwiczą prawidłowo.

I nie, darcie sylabek, samogłosek czy obrazków, nie jest moim ulubionym ćwiczeniem na złość. Potem dookoła jest pełno papierków, a niektórym dzieciom tak się to zajęcie podoba, że potem niszczą mi wszystko inne. A tak się nie da. Dziecko musi znać granice.

Dlatego do wyładowywania mam taki oto zestaw.



Wygląda choć trochę tajemniczo?? Dla dzieci tak! Te, które krzyczały "nie chcę" ot tak, dla zasady, w tym momencie przestają. Reszta jeszcze krzyczy, ale zainteresowanie budzi taki widok:

Co to? Kto to? To mała igiełka 

i miękka gruba podkładka

Na tejże podkładce kładę kartkę, najlepiej sztywną. I rysuję coś. Dla chłopców najczęściej auto. Na ulicy ;)

A poważnie: każdy obrazek musi mieć taką "podstawkę" złożoną z trzech prostokątów. Dlaczego? O tym później;) Teraz wyjaśnia się tajemnica (dzieciom, rodzice pewnie już od dawna rozumieją o co chodzi). Tadam!!! Wbijamy igłę w kontur auta.
 

 A potem w kolejne miejsce na konturze i kolejne



To jest właśnie ten moment kiedy najbardziej zdenerwowane  i zezłoszczone dziecko wyrzuca z siebie złe emocje (zabrzmiało jak na jodze;P). Może kłuć tą igłą i nikt ani nic mu nie przeszkadza. Zaniepokojonym rodzicom wyjaśniam, że igiełka jest z gatunku tych "tępych", ukłucie w palec nie powoduje rozlewu krwi. Ale!! Zawsze jestem obok dziecka, żeby mu nie przyszło do głowy wypróbowywać igły np. na oku. Choć fakt jest taki, że jeszcze żadne dziecko nie kuło w inne miejsce niż kartka i podkładka. 
Co nam daje to ćwiczenie? Ano to, że z tej złości coś może wyjść. Że nawet złość można kreatywnie wykorzystać. Jak? Otóż jeśli ukłucia igiełki są robione bardzo blisko siebie, poszczególne elementy można z kartki wyjąć ;)
 
 
A potem można wyjąć z obrazka całe auto!! (na filmie trochę pomagam sobie stopą, ale trudno jedną ręką trzymać telefon (przepraszam, że telefonem!), a drugą wyjmować.)
 


 
 
Należy pamiętać tylko o tym, aby nie przecinać "podstawek"  i odpowiednio je zagiąć, tak aby auto stało.
 



























Czy to czegoś uczy?
a) kreatywności,
b) motoryki małej i precyzji ruchów,
c) często odgłosów dźwiękonaśladowczych.

I wreszcie odpowiem na częste pytanie: Czy walczę ze złością dzieci na zajęciach? Nie. Ale staram się ją oswoić.  Dlaczego? Bo mam - najczęściej - tylko godzinę czasu w tygodniu na zajęcia. To mało. Za mało, żeby sobie pozwolić na nic-nie-robienie. Oczywiście wszystko zależy od wieku dziecka i jego umiejętności, rozumienia rzeczywistości. To z czym natomiast walczę to krzyk, którym dziecko chce coś wymusić. Nie "podążam za dzieckiem" w potocznym rozumieniu tej frazy, tj. nie robię z nim na zajęciach tego, co ono chce. Ćwiczenia wybieram ja. Są dostosowane do wieku i zaburzenia lub umiejętności dziecka. Staram się nie powtarzać ćwiczeń, które wiem, że dziecko potrafi (w przeciwieństwie do dzieci: one w większości lubią te ćwiczenia, które wiedzą, że umieją wykonać). Podążam za jego wiedzą i rozwojem. Za tym, co już umie, a czego jeszcze nie. Czasem za ulubioną bajką ;) i tematyką. Ale nie pracuję na zasadzie pajdokracji. NIGDY nie pozwalam się bić, gryźć, kopać. Zwracam maluchowi uwagę, odsuwam się. Wiem, że dziecku należy się szacunek. Ale mnie też.

czwartek, 22 sierpnia 2013

Opowiem Ci... O historyjkach obrazkowych

Historyjki obrazkowe.
Zadanie tak łatwe, że aż trudne. Nie każde dziecko umie poradzić sobie ze zwykłą historyjką. Każde dziecko powinno umieć taką ułożyć, bo w ten sposób uczy się "układania" w czasie. 
Dziecko, które nie umie ułożyć historyjki, nie będzie umiało opowiadać.

Jak układać?
Jak najprościej:) Jak zawsze:) Na początek dla każdego dziecka najlepsze są historyjki z nim samym w roli głównej. Głównie dwuelementowe, potem dorzucimy trzeci. Najprostszą historyjką jest: JEST IDZIE NIE MA. Do opowiadania warto użyć zdjęć, np. z wakacji.

Ułóżmy przykładową prostą historyjkę. Dajemy dziecku dwa zdjęcia.



Najpierw układamy sami tę historię. Pokazujemy jakie powinno być prawidłowe ułożenie.
Opowiadamy historię jak najprostszymi słowami:
( w domyśle O!! jest, Y!! nieee ma)
Pamiętajmy, aby pokazywać dziecku (palcem!!) obrazek, o którym mówimy. Dlaczego opisujemy samogłoskami? Bowiem dzieci, które same nie mówią będą potrafiły powtórzyć po nas te "wyrazy". Każda samogłoska niesie za sobą jakąś treść, to jaką zależy tylko od nas. Jeżeli niemówiący maluch zobaczy, że może sam "opowiadać" historię będzie po nią sięgał częściej i częściej. I przede wszystkim chętniej.

Dzieciom, które mówią opisujemy historię prostymi słowami: zobacz, KASIA JEST; popatrz KASI NIE MA. 
Zarówno dla dzieci "samogłoskowych", jak i dzieci "wyrazowych" polecam sposób prof. Cieszyńskiej: zróbmy etykietki (podpisy). Zadaniem dziecka jest ułożyć historię i podpisać ją. W ten sposób uczymy czytania. 

Kiedy dziecko opanuje umiejętność układania historyjek dwuelementowych na zdjęciach, możemy przejść do obrazków. Ponownie na początek dajemy dwa elementy.

Dla młodszych dzieci podpisujemy samogłoskami:

(U!! odgłos lejącej się wody, O!! z jednoczesnym ruchem mieszania łyżką w garnku.)

Dzieciom starszym opowiadamy słowami:


Zadanie dziecka jest dokładnie takie samo ja wcześniej: ułóż, co pierwsze, co potem? Opowiedz.

Kiedy już nasz maluch opanuje umiejętność układania dwóch obrazków, dajemy mu trzeci. Który? To zależy od nas samych. Na zajęciach zazwyczaj dorzucam środkowy. Pamiętajmy o podpisach!!!

 Czasem dorzucam obrazek końcowy:






Z czasem dodajemy kolejne elementy. Warto jednak nie ćwiczyć cały czas na tych samych obrazkach, a zmieniać je jak najczęściej. Tak jak pisałam wyżej: najlepiej zacząć od własnych zdjęć. Do ćwiczeń genialne są też dwie gry "Opowiem Ci, mamo..." wyd. Alexander.

Po co ćwiczyć proste historyjki? Po to, żeby potem opanować umiejętność dostrzegania zmian pór roku, czasu w ciągu dnia (zegarek!!). Po to, aby uczyć się linearności - umiejętności porządkowania od lewej do prawej, uporządkowania czasu i przestrzeni...

A`propos pór roku: najlepiej uczyć ich pokazując dzieciom zdjęcia, na których one są. Dajemy dziecku cztery zdjęcia z czterech pór roku. Podpisujemy, opisujemy, układamy, opowiadamy. Kilka razy, najlepiej kilka zestawów zdjęć. Z czasem zadziała!

Tymczasem przepraszam Was za moje fotki, ale nie mogę wrzucić zdjęć dzieci. A mam:) Dodam tylko, że bardzo się cieszę, że w Polsce są cztery pory roku, bo tu na północy... Ach! szkoda słów ;)



środa, 21 sierpnia 2013

RRRRRRRR


 
Nie jestem jeszcze gotowa, żeby pokazać się "na żywo" ;) Więc jest tylko fragment.

Fragment ten dowodzi, że czas na opowieść o R.
Z góry zaznaczam: żadnych ćwiczeń nie dam. Każda osoba z wadą wymowy powinna się zgłosić do logopedy na diagnozę, bo każda wada jest inna. Co jednemu pomoże innym może zaszkodzić.

Teoria mówi, że głoska [r] jako głoska drżąca i dziąsłowa występuje tylko w języku polskim i czeskim oraz w niektórych dialektach norweskiego. Co to znaczy, że głoska jest drżąca i dziąsłowa? Otóż podczas wymawiania [r] czubek naszego języka drży tuż przy dziąsłach lekko się o nie obijając. Proste prawda?;) [R] może być jednocześnie głoską dźwięczną... a nawet taką jest w izolacji. Ale występuje także w wariancie bezdźwięcznym np. w słowie [wiatr], [litr], [Piotr].

Co rodzice powinni wiedzieć o [r]?
1. Że pierwsze [r] to, które występuje u niektórych niemowlaków szybko znika ;) Jest jednocześnie gardłowe i "francuskie", czyli nie takie jakie występuje w języku polskim.
2. Że głoska [r] pojawia się u polskojęzycznego dziecka przed 6. r. ż.
3. Że przed nią muszą pojawić się [sz], [ż], [cz], [dż] i [l]. Jeśli ich nie ma - nie ma [r].
4. Że istnieją dwie szkoły:
a) pierwsza mówi, że jeśli dziecko zamienia [r] na [j] mówiąc np. [jowej] to jest to wymowa poprawna (dla dzieci poniżej 6 lat) i należy czekać, aż pojawi się [r]
b) druga mówi, że jeśli dziecko zamienia [r] na [j] mówiąc np. [jowej] to jest to wymowa niepoprawna i należy jak najszybciej rozpocząć próby "przestawienia" malucha na mówienie [lowel].
Jestem w drugiej grupie. Dlaczego? Otóż [l] wymawia się tak samo jak [r] tyle, że bez charakterystycznego drżenia, zatem łatwiej potem przejść językowi do [r], podczas gdy [j] wymawia się podnosząc środek języka do podniebienia. Jeśli traficie Państwo na logopedę, który twierdzi, że [j] jest ok, to potem maszerujcie do niego na wywołanie [r] :D
5. Że każda wymowa [r] inna niż drżenie przy dziąsłach jest nieprawidłowa i jest wadą wymowy!!! W praktyce oznacza to tyle, że dziecko do 6 r.ż. ma prawo nie mówić [r] wcale, ale nie ma prawa zamieniać jej na "inne" [r]. 


To tyle teorii, więcej naprawdę Państwu nie potrzeba. Czas na praktykę.
Załóżmy, że Twoje dziecko [r] nie realizuje poprawnie. Czas do logopedy. Jak wygląda wizyta?
Logopeda ma obowiązek porozmawiać z Twoim dzieckiem. Ma prawo poprosić go o powtórzenie kilku słówek, ale dziecko ma prawo odmówić;) Hmm.. zazwyczaj podaję dzieciom obrazki i pytam co na nich jest. I nie poprawiam, słucham. Z takiej zwykłej gadki szmatki można już wiele wysłuchać. Logopeda zrobi także wywiad z Tobą: zapyta o to od kiedy dziecko gryzie, czy często gryzie innych ;) co lubi jeść, a czego nie znosi. Prawdopodobnie poprosi też dziecko o kilka dźwięków: konik, chlup clup, wiatr czy węża. Ale niekoniecznie. Każdy logopeda ma także swój własny sposób sprawdzania napięcia mięśniowego w języku. Być może ten do którego się udasz zrobi to szpatułką. Często tak robię. A potem na tę samą szpatułkę nakładam nutellę i sprawdzam sposób pracy języka. Oraz połykanie, bowiem ono też może być przyczyną nieprawidłowej wymowy [r].
Czy badanie jest przyjemne? Niekoniecznie niestety. Czasem muszę włożyć palce do buzi malucha. To nie jest przyjemne, wiem. Ale to najlepszy sposób na sprawdzenie odruchu kąsania. Na szczęście dla dzieci, nie muszę robić tego zawsze. Bowiem najczęstszą przyczyną nieprawidłowej wymowy [r] jest zła praca języka, a tę widać na początku.
 
[R] to głoska, która chyba najwięcej snu spędza z powiek rodzicom. Najłatwiej zapytać przedszkolnego logopedę o to, czy nasze dziecko realizuje ją prawidłowo. Wsłuchujmy się w nasze dzieci. Słuchajmy [sz] i [cz]. A jeśli pani w przedszkolu mówi, że coś jest nie tak, nie miejmy żalu i nie czekajmy na "samo przyjdzie", bo nie przyjdzie. I pamiętajcie: logopedzi mają bardzo dużo pacjentów 18letnich wzwyż z reraniem i żalem do rodziców: "czemu nie wcześniej". Im osoba jest starsza, tym trudniejsza, dłuższa i bardziej wyczerpująca psychicznie terapia.
 
Jak wspomóc prawidłową wymowę (i być może zapobiec wadom)?
1. Wyrzuć papki. Dziecku najlepiej zrobisz jak podasz mu zupkę rozgniecioną widelcem, a nie blenderem do miękka. Twoje dziecko musi nauczyć się jeść!!
2. Zamiast smoczka - skórka chleba. Naprawdę robi różnicę.
3. Oblizuj z dzieckiem górną wargę. Z punktu widzenia logopedii to ćwiczenie jest o kant stołu rozbić, ale profilaktycznie działa cuda.
4. Przestań czekać! Jeśli Twoje dziecko nie mówi głosek zgodnie z normą, idź do logopedy.
5. Smoczek jest be! Nie lubimy smoczka i koniec kropka, u 80% dzieci powoduje on wady zgryzu, a te z kolei powodują wady wymowy. I argument, że synek ciotki kolegi brata miał smoczek przez 5 lat i nic mu nie jest do mnie nie przemawia. On mógł być w tych 20%, Twoje dziecko będzie 21/100 i co wtedy? Aha! Butelka ze smoczkiem to przedłużenie smoczka. Nie lubimy.
6. Pozwól dziecku mówić. Nie poprawiaj na każdym kroku, bo się zamknie w sobie. Też byś się zamknął, jakby Cię wszyscy dookoła poprawiali, prawda?
7. Uśmiechnij się!:) Masz cudowne dziecko;)
 

poniedziałek, 19 sierpnia 2013

Pisaki dmuchane - tak czy nie?

Ostatnimi czasy dużo siedzę na facebooku. I widzę jakim hitem są tzw. dmuchane pisaki wyprodukowane przez pewną firmę i sprzedawane w pewnym sklepie. Postanowiłam, że ja też poszaleję i opiszę te pisaki z mojego punktu widzenia - logopedy, która ich używała w zeszłym roku.




Cechy ogólne:
Pisaki trzyczęściowe (pisak, gwizdek, zatyczka); w opakowaniu jest chyba 8 kolorów. Mnie po kilku miesiącach (dwóch? trzech?) zostało 3 pisaki. Z 48, bo miałam 6 opakowań. Do opakowań dołączone są dwa szablony, które pomagają utworzyć dziecku piękny obraz.




Jak działa pisak?
W miejscu, gdzie pokazuję palcem należy dmuchnąć. Z naprzeciwka wypłynie kolorowa farba, która pozostanie na stole kartce.



Plusy pisaków:
- są tanie (w zeszłym roku 10 zł/opakowanie),
- są łatwo dostępne pod koniec sierpnia (bo potem nie do kupienia),
- są atrakcyjne dla dziecka. Bardzo!,
- można nimi również normalnie pisać.

Minusy pisaków:
- bardzo bardzo szybko się wyczerpują (moich nie było po miesiącu),
- w niektóre niełatwo jest dmuchnąć; na 6 opakowań, które miałam ponad połowa pisaków była takich, po których dziecko dostawało słynnego "wytrzeszczu oczu" po dmuchnięciu.
- są strasznie niehigieniczne 

  • jeśli dmuchnie w nie dziecko, które dmuchać jeszcze nie umie i robi to za mocno, wówczas

 a) na kartce robi się brzydka mokra (sic!!) plama; na stole pod kartką też,
 b) na ściankach robi się ohydny mokry nalot; nie chciałam potem wyjmować pisaka, aby coś napisać,
 c) czasem ślina pojawia się w tej przezroczystej obudowie.

  • jeśli natomiast dmucha w nie dziecko, które ma za "słaby dmuch", to farba nie wylatuje i... po zabawie,
W związku też z tą niehigienicznością miałam tyle opakowań pisaków. Jakoś ni wyobrażam sobie, żeby dawać każdemu dziecku ten sam komplet. Ba!! Rodzeństwu bym nie dała! Fuj!











Nie wiem czy dobrze widać to na zdjęciu, ale po lewej pisak przed dmuchnięciem, po lewej - tuż po lekkim dmuchnięciu. Widać parę wodną na przezroczystej części?


Podsumowując
Jestem na NIE dla tych pisaków. Zwłaszcza chodzi mi o tę wszechobecną ślinę. Powiem szczerze, że kilka razy bardziej wolę kupić droższą, ale bardziej higieniczną (czystszą po prostu) Spreyzę. Choć muszę przyznać, że obrazki z tych pisaków wychodziły bajeczne! Tylko co z tego?


sobota, 17 sierpnia 2013

Analiza wzrokowa - spojrzenie pragmatyczne

Podobno większość spacerów jest dla dzieci nudna. Sama nie pamiętam wypraw do sklepów czy do wszystkich możliwych cioć jako super ciekawe. I nie mówię o celu tych podróży, a o samej wyprawie. O czynności "iścia";) 
Wymyślałyśmy wtedy z siostrami różne "gry" na nudę. Na pewno też je znacie: nie nadeptywanie na linie chodnikowe, liczenie drzew i koszy na śmieci, poszukiwanie wśród aut tych tylko czerwonych (bordowe się nie liczyły :P) czy wyszukiwanie imion koleżanek na [A] ;)
Wtedy oczywiście nie wiedziałam, że te drzewa, kosze czy samochody to genialne ćwiczenie analizy wzrokowej (coś jak wyszukiwanie szczegółów na obrazku), a imiona koleżanek - analizy słuchowej. 
Do rzeczy jednak: chadzam sobie po mieście, to tu, to tam i odkrywam coś niesamowitego.. wózki. Wózki wszędzie;)

Pierwszy wózek, z Praktikera atakuje tuż przy krzyżówce przydomowej.

Kolejny na mostku,


a dwa następne - w strumyku

                                           

Wózek z Aldiego stał na środku chodnika,







a dwa z Lidla czule przytulały się na chodniku.


A tu chyba ktoś parkował samochód:) Ale wózka nie odstawił (bo i dokąd, skoro żadnego marketu nie ma w pobliżu??)


Kilka przecznic dalej - kolejny wózeczek! Tym razem przed domem całkiem sympatycznej starszej pani;)


Ok. Tu mieszkają studenci. 


Dużo studentów! ;)

Ta maszyna leży chyba już kilka dni. Skąd wiem?.. Ech z analizy jej treści wewnętrznych. 
(ulotki ma nieaktualne:P)


Tymczasem po drugiej stronie ulicy....


A tu już podejrzałam pana zza (żywo)płota. Jak się dobrze przyjrzycie to tuż obok wierzby dostrzeżecie śliczny wózek z Maxa.


A tu cóż.. Pewnie tu czekał Laurowy Filon miły pod umówionym jaworem (?). Z zakupami z Lidla, a ona przylazła z Penny!


Widzicie ile wózków można naliczyć podczas jednego!! spaceru?! To ile będzie drzew, aut czy koszy na śmieci?! Wielkie nieba!
I na zwykłym spacerze można ćwiczyć analizę;)

Pozdrawiam sobotnio!

czwartek, 15 sierpnia 2013

NORMa?

Lekki i humorystyczny wstęp by się przydał. Ale jakoś kiepsko u mnie z poczuciem humoru ostatnimi czasy. Więc lekko nie będzie. Ale naukowo  - owszem:) Wchodzimy bowiem znów w mój ulubiony temat: Opóźniony Rozwój Mowy, w skrócie ORM.
 
Brzmi zupełnie jak E.T. ;)
 
Co to jest ORM (i z czym się go je)?
Opóźniony Rozwój Mowy to najczęstsza sytuacja spotykana w gabinetach lekarskich. Jest to też najczęściej lekceważony przez pediatrów objaw zaburzeń mowy. "Ma jeszcze czas", "Dziadek Stasiek też późno mówił i od razu zdaniami", "Oj, przesadza Pani, niech pani poczeka" - to najczęściej słyszane frazy przez zaniepokojonych rodziców. Zresztą fajnie opisała to Ewa, więc nie będę się powtarzać. Tymczasem wszyscy logopedzi biją na alarm: coraz więcej mamy dzieci z opóźnionym rozwojem mowy, a przesunięcie obowiązkowego progu edukacji z 7. r.ż. do 6. sprawi, że będziemy mieć w szkołach więcej dzieci z problemami!
Pamiętacie kamienie milowe i normy rozwojowe dziecka? Dwulatek nie łączący dwóch słów w zdanie nie mieści się w normie! (przypominam: normy można przesunąć o 3 miesiące).
 
"Oj, wie pani, on nie musi mówić [sz] i [r] w wieku 2 lat", czyli różnice między PORM a NORM.
 
PORM i NORM to dwie groźnie (?) brzmiące nazwy. O ile Prosty Opóźniony Rozwój Mowy nie zawsze jest wielkim problemem, o tyle Niesamoistny Opóźniony Rozwój Mowy jest już sporym kłopotem.
Gwoli wyjaśnienia:
PORM (prosty ORM) - w tej klasyfikacji zaburzenie, które tak nazywam to opóźnienie wymowy głosek. Z polskiego na nasze: dwulatek, który nie mówi [r] to norma, ale sześciolatek, który [r] nie mówi to już opóźnienie. A nawet czasem wada wymowy (w zależności czy [r] się w ogóle pojawia, ale jest inaczej realizowane czy też w ogóle go nie ma). Istnieją pewne charakterystyczne normy, które stosują logopedzi.
 
Głoska                                            wiek dziecka
[m] i [mi]                                          do 16 m.ż.
[t] i [d]                                             do 18 m.ż.
[l]                                                     do 3. r.ż.
[s] i [z]                                              do 30. m.ż.
[sz] i [ż]                                            do 4 r.ż.
[c] i [dz]                                            do 42. m.ż.
[cz] i [dż]                                          do 4,5 r.ż.
[r]                                                     do 5,5. r.ż.
 
Jeżeli dziecko nie wymawia tych głosek w czasie, w którym powinno, należy się zgłosić do logopedy i ustalić co jest przyczyną. KAŻDY logopeda sprawdzi napięcie mięśniowe w buzi dziecka, oceni jego odruchy oraz budowę anatomiczną aparatu mowy, słuch fonemowy oraz zleci odpowiednie ćwiczenia. PORM jest zazwyczaj stosunkowo łatwy do "wyleczenia", o ile rodzice stosują się do poleceń logopedy i ćwiczą z dzieckiem w domu. Bowiem systematyczność jest podstawą w każdej terapii. Nie tylko logopedycznej (nie wyobrażam sobie cudów u Ewy Chodakowskiej bez codziennych ćwiczeń).
PORM zwany jest przez niektórych logopedów opóźnionym rozwojem wymowy.
 
I tyle na temat PORM. Resztę rozważań zajmie już NORM i SORM, które pozwolę sobie dalej nazywać ORMem.
 
Istnieje jeszcze coś takiego jak SORM i NORM. Są to odpowiednio: samoistny ORM oraz niesamoistny ORM.
SORM oznacza, że nie znane są nam przyczyny opóźnienia mowy u dziecka. To ta słynna sytuacja, w której dziecko nie mówi, nie mówi i nagle BACH!!! gada pełnymi zdaniami! Bez wspomagania! Jasne... tylko, że nie znam dziecka z czystym SORM. Najczęściej okazuje się, że dziecko "zdiagnozowane" jako SORM przez lekarza (lekarz diagnozuje zaburzenie mowy??) ma opóźnienie w funkcjach poznawczych, a to oznacza, że jego układ nerwowy rozwija się wolniej niż rówieśników. I tu taka historyjka: ćwiczyłam kiedyś z Piotrusiem. Mały miał 4 lata. Przez 3 lata mama na każdej wizycie dopytywała pediatrę czy wszystko ok, bo mały nie gaworzy/nie mówi. Za każdym razem lekarz odpowiadał to samo: "niech pani da mu czas". W 4. urodziny Piotrusia ten sam lekarz: "A czemu on nie mówi?? Czemu Pani z nim do logopedy nie idzie? Przecież on ma afazję!" ;) Na szczęście Piotrek miał "tylko" ORM. Dzisiaj ma za to "tylko" zagrożenie dysleksją.
 
NORM to zaburzenie, przy którym wiemy co dolega dziecku. Najczęstsze przyczyny ORM to:
- zaburzenia słuchu,
- nieprawidłowa budowa jamy ustnej lub/i nosowej,
- zaburzenia neurologiczne,
- genetyka (w sensie chorób genetycznych),
- niedotlenienie w czasie ciąży/porodu,
- autyzm,
- alalia,
- podłoże psychologiczne (brak potrzeby mówienia),
- dziedziczność.
I teraz uwaga: tak, to że dziadek Stasiek też zaczął mówić późno, może być przyczyną tego, że teraz wnuczek Jaś jeszcze nie mówi, ale nie może być usprawiedliwieniem!
 
Pierwsze objawy opóźnienia mowy mogą zauważyć już rodzice. Dziecko z ORM później gaworzy, nie reaguje na bodźce słuchowe. W wieku 2 lat nie mówi prostych słów lub używa bardzo ich mało(np. [mama], [tata]), nie składa zdań dwuwyrazowych, mówi "po swojemu". NIE CZEKAMY na to, aż mowa sama się pojawi. Jeśli dziecko nie ma zaburzeń słuchu, neurologicznych lub autyzmu to fakt: ta mowa się pojawi. Ale co z tego, skoro niećwiczony ORM ma bardzo poważne konsekwencje? Inna sprawa: a skąd wiesz, że nie ma autyzmu?! a skąd wiesz, że nie ma problemów z słuchem? (tak, dziecko głuche i z niedosłuchem potrafi genialnie czytać z Twoich ruchów i wie, czego od niego chcesz!)
Dodać należy, że bardzo często (choć nie zawsze) ORM to także opóźnienie mowy biernej, czyli po prostu nieumiejętność rozumienia wypowiedzi. I tutaj napiszę coś bardzo kontrowersyjnego: rodzicielskie serce nie zawsze dobrze podpowiada. Ileż razy miałam w gabinecie mamę/babcię z dzieckiem niemówiącym i hasłem: "Ale on wszystko rozumie!" Dopiero po chwili okazywało się, że - owszem - rozumie, iż jeśli mama stoi nad nim z butami, to on ma te buty założyć. Ale już polecenia "włóż buty do garnka", nie rozumiał.
 
Konsekwencje ORM
1. Brak mowy bardzo często ma konsekwencje psychologiczne - dziecko nie umie powiedzieć "daj mi łopatkę", więc zaczyna walić kolegę z pięści (żeby oddał tę nieszczęsną łopatkę). Najczęstsza diagnoza: łobuz, umie walczyć o swoje, poradzi sobie w życiu.
2. Brak mowy i ORM powoduje problemy z czytaniem i pisaniem w szkole. Najczęstsza diagnoza: leń, nieuk, dysleksja. (UWAGA! Niećwiczony ORM również powoduje te problemy, mimo że mowa się wykształciła! Czy dziadek  Staś nie miał przypadkiem problemów z nauką?!)
3. ORM powoduje problemy z emocjami rodziców :( No, ile razy denerwowałaś się, bo nie mogłaś odgadnąć o co chodzi Twojemu dziecku?
4. Zaburzenie wyglądające jak "zwykły ORM" może okazać się autyzmem. I co wtedy? Będziesz sobie w brodę pluć, że straciłaś rok?
 
Jak ćwiczyć z dzieckiem?
Nie podpowiem;) Sposób ćwiczenia jest zależny od przyczyny ORM i umiejętności konkretnego dziecka. Jeśli jednak dostałeś już program ćwiczeń, a nie masz pomysłu, jak je urozmaicić, rzuć okiem na wcześniejsze posty. Może coś Ci pomoże? 
Podpowiem za to, jak się zachowywać, żeby ORM się nie pojawił (oczywiście, jeśli dziecko nie ma problemów neurologicznych lub laryngologicznych).
1. Mów do dziecka normalnie. Nie spieszczaj każdego słowa. Naprawdę lepiej będzie, jeśli Twój syn założy dzisiaj skarpetki, a nie "skarpetunie najciudowniejsie".
2. Mów do dziecka prostymi zdaniami. Czyli: "Mama gotuje zupę", a nie "Gotuję teraz pyszną zupę z warzyw, które tata sam wyhodował na działce niedaleko tego pięknego stawu".
3. Opisuj każdą czynność dziecka: "Jaś je zupę", "Zosia pije sok", "Adaś myje uszy".
4. Pamiętaj, że dziecko na początku będzie mówiło o sobie w 3. os. l.poj. np. "Nisia ma". Nie poprawiaj tego, ale Ty mów do niego w 2. os. "Tak, Nisiu, masz czekoladę"
5. Unikaj słowa POWTÓRZ. Chcesz, żeby dziecko powtórzyło po Tobie? Zapytaj. "Krowa robi MU.. Jak robi krowa?" Jeśli dziecko nie odpowiada, odpowiedz sobie sam;) Głośno ;)Ono z czasem będzie gotowe na powtórzenie.
6. Nie koryguj! Jeśli Twój syn mówi "Mamo, spójs na safę", odpowiedz "Dobrze, już patrzę na szafę"
7. Pamiętaj, że dla każdego dziecka ważny jest ruch i świeże powietrze. Korzystajcie zatem z pogody (i niepogody) i bawcie się jak najwięcej na zewnątrz.
8. Baw się z dzieckiem;) Najlepiej dbając o jego harmonijny rozwój.
 
To nietrudne, prawda? A może zdziałać cuda.
 
A i jeszcze jedno najważniejsze:
Normy stworzone przez logopedów i psychologów ułożone są dla WSZYSTKICH dzieci (chłopców i dziewczynek), więc hasło "chłopcy mówią później" to lekkie nieporozumienie.
 
 
 
PS. Na temat norm dla dzieci dwujęzycznych pisze prof. K. Wróblewka: "Opóźnienia rozwoju mowy powyżej 3 miesięcy nie mogą być tłumaczone tylko bilingwizmem." (Mowa o opóźnieniach składniowych i semantycznych. Fonetyczne i fonologiczne odbiegają od norm)

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wieża Babel. Wielojęzyczność

Poruszę temat, który jest trudny. Jest trudny, jak (niepowiemco), ponieważ nie wszyscy się ze mną zgodzą. Ale trudno. Przedstawienie czas zacząć

BILINGWIZM czyli DWUJĘZYCZNOŚĆ
Znacie ten termin, prawda? To termin, którym posługuje się wielu badaczy. Termin trudny dla polskiej emigracji. Zatem od początku.

Osoba dwujęzyczna to taka, która sprawnie posługuje się dwoma językami, dwoma kulturami. Jest w stanie wyrazić swoje uczucia w obydwu językach i - w zależności od sytuacji komunikacyjnej  - werbalizuje je bez "zastanowienia", naturalnie. Osoby dwujęzyczne doskonale rozumieją wszystkie idiomy obu języków, wyróżniają "smaczki językowe" i sami potrafią je tworzyć. Ba! Rozumieją żarty słowne, w których zawarte są aluzje do np. utworów literackich charakterystycznych dla danego języka.
Według mnie należy dwujęzyczność odróżnić od mówienia w języku obcym. Niektórzy badacze uważają, że za osoby bilingwalne można uznać tylko dzieci, które miały NATURALNY kontakt z oboma językami do 10 r.ż. Osoby, które zaczęły się uczyć języka obcego później, są po prostu osobami mówiącymi w dwóch językach.
Podziału dwujęzyczności przedstawiać nie będę, zrobiła to bowiem Ela.

O czym zatem chcę napisać?
O sposobie uczenia się języków przez dzieci emigrantów.

Na pierwszy ogień napiszę o rodzicach Polakach mieszkających w innym kraju.
Rodzice tacy najczęściej zadają sobie pytanie: w jakim języku mówić do dziecka? Czy moje dziecko musi/powinno znać język polski czy też wystarczy mu tylko niemiecki/angielski/francuski/inny? Po co będę uczyć polskiego, skoro już nigdy do Polski nie wrócimy?
Badacze jednoznacznie w takim przypadku stwierdzają, że do dziecka powinno się mówić po polsku. Jest to "nasz" język, ten, którego używamy najczęściej. Język, dzięki któremu jesteśmy w stanie lepiej wyrazić emocje. Prof. Ida Kurcz mówi o tym, że dziecko rodziców, którzy używają tego samego języka (na poziomie ojczystym) powinno najpierw uczyć się tegoż języka (Le1), a dopiero ok. 3 r. ż. języka drugiego (Lo2).  Uważa ona, że przyswajanie struktur gramatycznych obu języków naraz jest dla dziecka trudniejsze. To tak jakbyśmy kazali jednocześnie uczyć się dziecku wzorów na chemię i fizykę, podczas kiedy można najpierw wdrożyć system i nauczyć części fizyki, a potem dołożyć chemię.
Kwestia czy dziecko powinno znać język polski jest dla mnie pytaniem niedorzecznym. Jestem tutaj, w Niemczech, chwilkę. Poznałam już wiele młodych osób w wieku ok. 30 lat, których jedno z rodziców jest Polakiem lub są nimi oboje. Osoby te mówią jednym głosem: "Żałuję, że nie umiem mówić po polsku! Ja się tam urodziłam, ja tam mam babcię, z którą nie umiem porozmawiać o jej zdrowiu! Ja dopiero teraz to zrozumiałem" lub "Wiesz, to że mówię po polsku i niemiecku to dla mnie bardzo ważne. Zrozumiałem to dopiero, kiedy moja korporacja szukała kogoś z językiem wschodnim."
A! i nigdy nie mów "nigdy". Nigdy nie wiemy czy nasze dzieci nie będą chciały wrócić do Polski, choć nam wydaje się to niemożliwe.

Konkluzja: rodzice Polacy - powinni uczyć najpierw języka polskiego, potem (ok. 3. r.ż*) języka kraju przyjmującego metodą ml@h (język mniejszościowy w domu, język obcy na zewnątrz).

Rodzice różnych kulturowości mają trudniej. Chcą nauczyć dziecka dwóch języków i dwóch różnych kultur. Pół biedy jeśli mieszkają w kraju jednego z rodziców i między sobą rozmawiają w jednym z dwóch języków. Gorzej kiedy dziecko takich rodziców musi opanować trzy lub cztery języki. Gorzej, bo trudniej.
Zanim zaczęłam pracować z dziećmi dwujęzycznymi zastanawiałam się nad ml@h - em u takich  rodzin. Do czasu jak usłyszałam tatę Niki wołającego: "popatrz jakie piękna słonize" czy "choDŹ... dam Tobie szczekoladem". (Nie, pomiędzy [dź] a [d] nie ma tam asymilacji.) Wtedy wiedziałam, że OPOL (jedna osoba jeden język) jest najlepszy dla takich właśnie rodzin. Dziecko powinno przyswajać dwa języki jednocześnie - zdrowe dziecko nie będzie miało problemów z tym, aby w zależności od osoby, do której mówi - używać konkretnego języka. Jeśli rodzice żyją w innym kraju niż te, z których oni pochodzą powinni stosować zasadę Le1+Le2, a ok. 3. r.ż.* Lo3.

Czas przejść do sedna.
Badacze są zgodni, że rozwój dziecka niezależnie czy jest jedno czy wielojęzyczne przebiega podobnie. Najpierw opanowuje dźwięki łatwe, potem trudne, generalizuje znaczenia słów, stopniowo buduje coraz dłuższe zdania, a upraszcza struktury gramatyczne w początkowym okresie przyswajania. Ponadto dzieci posiadają pełną umiejętność oddzielenia obu języków w zależności od języka osoby, do której mówią. Oczywiście: mieszają słówka, budują neologizmy (Maksowe "fingeruszki" czy Kajowe "fegowanie";P), ale mają poprawny system językowy. Opóźnienia rozwoju mowy powyżej 3 miesięcy nie mogą być tłumaczone tylko bilingwizmem. I nie mówię tu o opóźnieniach leksykalnych, a o opóźnieniach "całościowych" (brak gaworzenia, wskazywania palcem, prób powtarzania, mówienia w języku zrozumiałym przez otoczenie, składania dwóch wyrazów w zdania itd.). Prof. K. Wróblewska zwraca też uwagę na to, że dwujęzyczność nie ma także wpływu na rozwój intelektualny i poznawczy dziecka.

* - 3 r.ż. jest tu użyty orientacyjnie. Chodzi o czas, w którym mały człowiek jest w stanie w pełni opowiedzieć rodzicom w ich języku co zdarzyło się w przedszkolu. Jeśli nie posiada takiej umiejętności, tj. nie mówi w języku Le1 lub kombinacji Le1+Le2, to nie jest gotowy na to, aby iść do przedszkola (grupy społecznej), w której nie będzie w pełni zrozumiany.

Cały dzisiejszy post i definicja idealnej dwujęzyczności na górze jest tylko i wyłącznie moim własnym luźnym przemyśleniem na temat dwujęzyczności na podstawie pracy z dziećmi. Rozwój mowy dziecka jest jednak napisany jak najbardziej serio. Będzie tych przemyśleń więcej na pewno.